Wakacyjna przygoda

 Pewnego wieczoru siedząc przy stole i czekając na film, z nudów przeglądałam katolicką gazetę. Po chwili odłożyłam ją, ale nie minęło pięć minut, gdy zabrałam się ponownie do jej czytania. Zainteresowałam się następującą informacją: "Jeżeli chciałabyś bliżej zapoznać się z naszym życiem, napisz na adres: Klaryski od Wieczystej Adoracji, ul. Gdańska 56, 85 - 02l Bydgoszcz". Bez specjalnych zamiarów wycięłam ją i zatrzymałam. Ukradkiem spoglądałam na Tatę, który obok czytał inną gazetę, a bardzo nie lubił, gdy się niszczyło świeżą prasę. Adres schowałam do jakiejś książki i szybko o nim zapomniałam.

Po kilku tygodniach wycięty fragment ponownie wpadł mi do ręki. Postanowiłam napisać. Wcześniej odkryłam swój zamiar sąsiadce, która była zaufaną powiernicą moich młodzieńczych przeżyć. Ponieważ była osobą samotną, chętnie spędzałam z nią wolne chwile. W długie jesienne i zimowe wieczory opowiadała mi ciekawe historie. Gdy usłyszała o moim zamiarze, zaakceptowała go, dała też pewne wskazówki.

Atmosfera, w której wzrastałam, sprzyjała rozwojowi życia wewnętrznego. Decydująca była postawa Mamy, która na każdym kroku świeciła mi przykładem życia prawdziwie chrześcijańskiego. Do wszystkiego, co ją spotykało, podchodziła z żywą wiarą, uczyła nas wierności Bogu i Jego przykazaniom. Zawsze rozmodlona, praktycznie pokazywała mnie i rodzeństwu, u Kogo szukać siły w codziennych trudach.

Wiele korzystałam też z katechez i kazań głoszonych w kościele. Czułam, że coraz bardziej rozbudza się we mnie pragnienie Boga i życia w Jego łasce. Wzrosło ono po przyjęciu sakramentu bierzmowania, do czego przygotowywał mnie pełen zapału i gorliwości kapłan. Swoją postawą i radością pociągał do Boga wiele młodych serc. Angażował ich w życie parafii.

Kiedy wspomniałam Mamie o moim planie napisania do Sióstr, okazała duże zainteresowanie. Tylko Jej i sąsiadce pokazywałam listy otrzymywane z klasztoru. Kiedy coś wspominałam o ewentualnym odwiedzeniu Sióstr, Mama mówiła - to bardzo daleko, Gosiu. Miałam wtedy zaledwie 15 lat i mieszkałam w diecezji tarnowskiej.

Po ukończeniu szkoły podstawowej złożyłam dokumenty do szkoły zawodowej, gdzie zostałam przyjęta. Jednak coś bardzo mocno "ciągnęło" mnie do Bydgoszczy. Naprzykrzałam się Mamie, aby mnie tam puściła. Powiedziałam, że lepiej będzie jak pojadę na początku wakacji, gdyż później będzie praca przy żniwach. Zgodziła się. Ustaliłyśmy mój wyjazd na 14 czerwca. Był rok 1988. Natychmiast napisałam do Sióstr w Bydgoszczy i poprosiłam, aby jedna z Sióstr wyszła po mnie na dworzec. Pieniądze na tak daleką podróż pożyczyłam od zaprzyjaźnionej sąsiadki, obiecując jej, że wszystko "odrobię" w polu po powrocie.

Przed wyjazdem, wczesnym rankiem uczestniczyłam we Mszy św., aby prosić Boga o szczęśliwą podróż. Przy pożegnaniu z Mamą usłyszałam, że po dwóch tygodniach mam wrócić i zaraz napisać list. Uściskałam jeszcze najmłodszą siostrzyczkę Ewę i pobiegłam na przystanek autobusowy. Mama przyznała po wielu latach, że gdy patrzyła na mnie odchodzącą z domu, przesunęła się jej myśl: Czy ona jeszcze tutaj wróci?...

W Tarnowie czekałam ponad 6 godzin na pociąg. W duszy jednak bardzo cieszyłam się, że nikt mi nie przeszkodził w moim zamiarze. Podróż miałam szczęśliwą. Do Bydgoszczy dotarłam o godzinie czwartej rano. Tutaj miałam pierwszą przygodę. Zainteresowała się mną pewna kobieta, wypytując, skąd jestem i do kogo przyjechałam. Nie chciałam jej tego wyjawiać, więc powiedziałam, że do cioci. Nie uwierzyła mi. Twierdziła, że na pewno uciekłam z domu, bo takiemu dziecku rodzice nie pozwoliliby jechać na drugi kraniec Polski.

Przekonywałam jak potrafiłam, ale ona nie dawała wiary moim słowom. Poprosiła, bym zjadła śniadanie i poczekała na nią, aż wróci. Po jej odejściu, nie wiem skąd przyszło mi do głowy, że poszła po milicję. Pomyślałam, że skoro jestem niepełnoletnia, Mama może mieć trudności. Zjadałam więc śniadanie i szybko wybiegłam na ulicę. Naprzeciw mnie stał autobus. Wsiadłam do niego, choć nie miałam biletu i nie wiedziałam, w jakim kierunku jedzie. Autobus jechał rzeczywiście w kierunku ulicy Gdańskiej, co uznałam za znak Boży. Z okna autobusu zobaczyłam "moją" panią jak z milicjantem mnie szukała i zaczepiała różnych ludzi. Widząc to dziękowałam Jezusowi za Jego opiekę.
Wysiadłam przystanek za szybko i do kościoła Klarysek doszłam pieszo. Kiedy dotarłam na miejsce, była dopiero piąta rano. Usiadłam więc pod drzwiami i czekając na otwarcie, odmawiałam różaniec.

Nagle usłyszałam brzęk kluczy. Wstałam na równe nogi jak żołnierz, gotowa do zameldowania. Otworzyły się drzwi. Natychmiast pochwaliłam Pana Boga i prosto z mostu powiedziałam, że przyjechałam do klasztoru. A Siostra zakrystianka (była to śp. S.M. Konsolata) spojrzała na mnie badawczym wzrokiem, który utkwił mi w pamięci do dzisiaj, zmierzyła od stóp do głów. Widząc jej niedowierzanie, powiedziałam, że już wcześniej pisałam do klasztoru i odpisywała mi S. Agnieszka. Gdy to usłyszała, uśmiechnęła się, uściskała jak matka córkę, wzięła do kapliczki, a potem zaprowadziła do pokoju. Po Mszy św. i śniadaniu, przyszła do rozmównicy Matka Przełożona z S. Mistrzynią, aby zapoznać się z Gosią z tarnowskiego. I tak się rozpoczęło...

Po kilku dniach spędzonych w zewnętrznej części klasztoru, pozwolono mi spędzić kilka dni w klauzurze. Nigdy nie zapomnę tego szczęścia i tej radości, gdy przekraczałam próg klauzury. Pierwsze spotkanie z Siostrami odbyło się podczas obiadu w refektarzu. Wrażenie niesamowite - tyle Sióstr się do mnie uśmiecha! Poznałam trochę życie Sióstr i zachwyciłam się nim. Zapragnęłam zakosztować tego szczęścia. Zaczęłam więc prosić, abym nie musiała wracać do domu, ale pozostać w klasztorze. Tłumaczyłam jak mogłam, że po szkole może się coś odmienić ... i nie wrócę. Prosiłam z natarczywością i ufnością dziecka. Usłyszałam, że muszę choćby tutaj skończyć szkołę. Ten warunek był dla mnie bardzo trudny.

W tym czasie jedna z kandydatek do klasztoru w Bydgoszczy udawała się, przed wstąpieniem do zakonu, na Jasną Górę, aby prosić Matkę Najświętszą o opiekę na nową drogę życia. Chciała, by ktoś jej towarzyszył, więc pojechałam z nią. Radość moja była ogromna, wierzyłam, że Matka Boża wyprosi u Swego Syna zgodę moich Rodziców na pozostanie w klasztorze. Tego, co przeżyłyśmy u stóp Maryi, nie da się opisać słowami. Tam wstąpiła w moje serce nadzieja, że będę wysłuchana. Okazało się później, że moja Mama udała się wraz z rodzeństwem do Matki Bożej Tuchowskiej, aby prosić Ją o radę i światło, jaką ma podjąć decyzję względem córki. Wiem, że gdy Mama nosiła pod sercem swoje dzieci, zawsze powierzała je Matce Niebieskiej, by się szczęśliwie urodziły i były wierne Bogu. Gdy miałam przyjść na świat, Mama pojechała właśnie do Tuchowa i tam pod okiem Matki Bożej się urodziłam. Po wyjściu ze szpitala Mama zaniosła mnie przed obraz Matki Bożej i Jej ofiarowała. I teraz jej matczyne serce miało potwierdzić to ofiarowanie. W Tuchowie Mama wypowiedziała swoje pełne wiary i ufności "fiat". "Zgadzam się i oddaję Gosię Tobie Boże i Maryjo. ..."
Przeżyłam to jak cud. W piękny lipcowy dzień przyszedł do klasztoru list od Mamy i obrazek Pani Tuchowskiej. Na jego odwrocie było napisane: Pozwalamy Gosi na pozostanie w klasztorze. Podpisy Mamy i Rodzeństwa.

Tato nic nie wiedział o mojej decyzji pozostania w klasztorze. Dowiedział się dopiero po roku, gdy przyszedł list z klasztoru. Były to trudne chwile dla Mamy. Przecież to nim posłużyła się Boża Opatrzność, abym poznała klasztor w Bydgoszczy, gdyż to on kupił tę gazetę. Trzeba było jeszcze wiele przeżyć, by inaczej spojrzał, a także abym i ja na wszystko patrzyła oczyma wiary. Doczekałam się chwili, że po kilkunastu latach Tato sam zadzwonił i udzielił mi swego błogosławieństwa. Trudno opisać radość i szczęście. Pan ma swój czas i dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych. On naprawdę może uczynić to, co po ludzku wydaje się beznadziejne i absolutnie niemożliwe.
I tak zakończyła się moja wakacyjna przygoda z Panem, której ostatni epizod wydarzył się po trzynastu latach pobytu w klasztorze. Dziękuję Mu za to, że to On mnie wybrał, że dał moc i siłę, aby przetrwać wszystkie trudności i znaleźć się w bydgoskiej "Betanii", by należeć do Pana na wieki. Dziękuję Mu za wielki dar powołania słowami piosenki:

Jezu , ja Ci dziękuję,  Jezu , ja Ci dziękuję

To Moje jedyne słowo, więcej mówić nie umiem

Moje szczęście właśnie tutaj, Jezusa być uczennicą,

Jego nauki pilnie słuchać , Woli Jego być miłośnicą…

Odwiedza nas 67 gości oraz 0 użytkowników.